Współfinansowanie?
- Adrian K
- 8 lut
- 1 minut(y) czytania
Wyobraźcie sobie, że malarz oddaje swoje obrazy do galerii na sprzedaż… i musi za to jeszcze zapłacić.
Galeria sprzedaje legalne kopie, zarabia, buduje markę – a artysta? Najpierw wpłaca kilka, a czasem kilkanaście tysięcy złotych, żeby w ogóle „dostać szansę”. Oczywiście, obiecują mu jakiś ułamek procenta od sprzedaży. Kiedyś. Może.
Brzmi absurdalnie?
Wyobraź sobie teraz, że jesteś grafikiem. Firma chce kupić prawa do twojej pracy, będzie na niej zarabiać, sprzedając kopie. Ale zanim to zrobi – ty musisz zapłacić. Za druk. Za marketing. Za „pakiet startowy”.
Może jeszcze dorzućmy się do rachunku za prąd i kawę w biurze?
A teraz zamiast słów malarz i grafik wstawmy jedno: pisarz.
I nagle okazuje się, że to, co w innych dziedzinach byłoby skandalem, w literaturze nazywa się „współfinansowaniem”, „partnerstwem” albo „modelem hybrydowym”. Tylko że sens pozostaje ten sam: płacisz za to, żeby ktoś mógł na tobie zarabiać.
W normalnym świecie to wydawca inwestuje w autora, bo wierzy w jego dzieło i bierze na siebie ryzyko.
W tym świecie ryzyko bierze twórca – a wydawca zarabia już na samym autorze, zanim jeszcze sprzeda choć jedną książkę.
To nie jest współpraca.
To nie jest partnerstwo.
To jest przeniesienie całego ryzyka na twórcę.
I dlatego warto o tym mówić głośno!




Komentarze