Pokolenie przejścia
- Adrian K
- 9 lut
- 2 minut(y) czytania
Jestem z rocznika 78. Urodziłem się w świecie, który już nie istnieje, ale który przez długie lata istniał jeszcze we mnie i w ludziach wokół. Polska wychodziła z komunizmu, gdy byłem dzieckiem. Oglądałem bajki na czeskich kanałach, bo na polskich prawie nic nie było. To drobiazg, ale dobrze oddaje klimat tamtych lat – niedoboru, prowizorki i życia „pomiędzy”.
Nasi rodzice byli wychowani w systemie podporządkowania. Nawet kiedy system formalnie upadł, on wciąż w nich tkwił. Trzeba było słuchać „pana na ulicy”. Trzeba było słuchać ekspedientki, która była obrażona, że musi obsługiwać klienta. Nauczyciel zawsze miał rację, a godność ucznia praktycznie nie istniała. U lekarza ważniejszy był lekarz i rodzic niż dziecko, które często było sparaliżowane stresem i bólem. Autorytet nie wynikał z kompetencji, tylko z pozycji w hierarchii.
To nie była tylko polityka – to była kultura relacji międzyludzkich. Świat oparty na strachu, posłuszeństwie i niewychylaniu się. Nasi rodzice nie byli źli. Byli produktem tego świata. Przenieśli na nas to, co sami mieli wgrane: służ, wykonuj, nie dyskutuj, nie podważaj, nie pyskuj.
A potem przyszedł 1989 rok i wszystko się zmieniło… teoretycznie. Nikt nie dał instrukcji obsługi wolności. Zostaliśmy wrzuceni w kapitalizm bez mapy i bez zabezpieczeń. Wyż demograficzny, klasy po ponad trzydzieści osób, brak miejsc na uczelniach, brak pracy. Dziki rynek, kombinatorstwo, chaos. Starsze pokolenie wciąż tkwiło mentalnie w starym systemie, ale już korzystało z nowego. My wchodziliśmy w dorosłość w świecie, który dopiero uczył się być normalny.
Wciąż słyszeliśmy: trzeba się dostosować, nie kłócić, zgiąć kark i zapierdalać ku chwale ojczyzny. Bo kraj, bo flaga, bo patriotyzm, bo tak trzeba. Nawet jeśli to „trzeba” oznaczało rezygnację z siebie.
Nasze pokolenie częściowo się od tego oderwało. Zaczęliśmy zadawać pytania, kwestionować autorytety, nie ufać ślepo systemom. Ale zapłaciliśmy za to cenę. Jesteśmy zmęczeni. Zaradni, ale wypaleni. Silni, ale wewnętrznie rozdwojeni. Niesiemy w sobie resztki starego „muszę”, „powinienem”, „nie wypada”, nawet jeśli rozum już dawno wie, że nie musi.
Jesteśmy pokoleniem przejścia. Mostem między światem poddaństwa a światem podmiotowości. Nie tym, które zbiera owoce zmian, ale tym, które własnym życiem łamało beton starego porządku.
Pokolenia po nas są inne. Mówią „nie” bez poczucia winy. Kwestionują hierarchie. Nie mylą szacunku z uległością. Widzą siebie jako podmiot, nie trybik. Nie noszą w sobie tego kulturowego lęku przed władzą, autorytetem, systemem.
I może właśnie to jest nasz największy, choć niewidoczny sukces. Nie pomniki, nie hasła, nie wielkie narracje. Tylko fakt, że następni nie muszą się oduczać niewoli, bo jej po prostu nie znają.
Jeżeli wolność ma się naprawdę zacząć, to dziś jeszcze chodzi ona do szkoły.




Komentarze