O autorach, których można przewinąć palcem
- Adrian K
- 3 lut
- 1 minut(y) czytania
Pozytywna recenzja.
Wysoka ocena.
Dziesiątki komentarzy: „Na pewno przeczytam”, „Dopisuję do listy”.
Mija rok. Cisza.
Mija drugi. Cisza.
Mija trzeci. Nadal cisza.
Moja książka żyła tylko w chwili recenzji.
W krótkiej literackiej iskrze.
Potem zgasła.
Nie dlatego, że była zła.
Nie dlatego, że ludzie kłamali.
Tylko dlatego, że dziś uwaga trwa krócej niż pamięć.
Kiedyś pisarz był kimś, kogo się podziwiało.
Za talent, za myśl, za język.
Za to, co potrafił stworzyć.
Dziś coraz częściej oczekuje się od autora, że pokaże: co je, co nosi, co ma w lodówce, co leży w szufladach.
Że będzie obecny nie jako twórca, ale jako produkt w opakowaniu z okienkiem.
Granica między dziełem a prywatnością się zaciera.
Szacunek ustępuje miejsca dostępności.
Tajemnica – ciągłej ekspozycji.
Autor staje się dodatkiem do własnej książki.
Czymś w rodzaju zapiekanki:
z widocznym składem, ceną i listą alergenów.
Nie wystarczy już pisać dobrze.
Trzeba się pokazywać.
Tłumaczyć. Uśmiechać. Być „blisko”.
A ja coraz częściej mam wrażenie, że świat nie chce już twórców.
Chce tylko ludzi, których da się przewinąć palcem.




Komentarze