Jak wydać książkę bez płacenia fortuny – sekrety, których nie zdradzą ci redaktorzy i wydawcy
- Adrian K
- 9 lut 2025
- 2 minut(y) czytania
Wciąż słyszę o ogromnych kosztach wydania książki – o autorach, którzy pożyczają pieniądze od rodziny, organizują zbiórki, a nawet zaciągają kredyty, by sfinansować publikację. Rynek wydawniczy rozwija się od lat, a ja obserwuję go z perspektywy zupełnie innej rzeczywistości.
Pamiętam czasy, gdy zaczęły powstawać kolejne wydawnictwa obiecujące autorom sukces w zamian za pieniądze. Model ten, zwany vanity publishing, sprowadzał się do tego, że pisarz płacił wydawnictwu za wydrukowanie swojej książki, ale nie dostawał w zamian nic poza kilkuset egzemplarzami, które musiał samodzielnie sprzedać. Wielu debiutantów uwierzyło w te obietnice, licząc, że inwestycja zwróci się w postaci sławy i uznania. W rzeczywistości jednak większość kończyła z długami i niesprzedanym nakładem zalegającym w piwnicy.
W tym czasie próbowałem otworzyć ludziom oczy, bo sam wydawałem książki w zupełnie innym modelu – w firmie wydawniczej w Stanach Zjednoczonych. Moje książki były dostępne na całym świecie, a polska Polonia mogła je kupować bez żadnych problemów. Gdy zacząłem opowiadać o tej metodzie, spotkałem się z falą hejtu. Polscy autorzy, którzy zapłacili ogromne sumy za swoje wydania, nie chcieli przyjąć do wiadomości, że istnieje sposób na publikację bez wydawania majątku. Zamiast tego nazwano mnie kłamcą.
Przez lata obserwowałem, jak na rynku pojawiali się kolejni „specjaliści” od książek – redaktorzy, korektorzy, graficy – którzy żyli z marzeń młodych autorów. Niektórzy z nich rzeczywiście oferowali wartościowe usługi, ale wielu po prostu ciągnęło kasę, oddając w zamian książki pełne błędów. Potem pojawiła się moda na „artystyczne” okładki za tysiące złotych. Jeden z grafików powiedział mi kiedyś, że 3000 zł to „grosze” i cena promocyjna. Tymczasem ja miałem dostęp do licencjonowanych okładek od artystów z całego świata, gdzie koszt zamykał się w 500 zł. Kiedy mówiłem o tym polskim autorom, niektórzy posłuchali, ale wielu nadal wolało płacić więcej – chyba z przekonania, że drożej znaczy lepiej.
Dzisiaj zachodnie narzędzia wydawnicze są dostępne także w Polsce, ale mam wrażenie, że mentalnie wielu autorów wciąż tkwi za żelazną kurtyną. Wciąż słyszę, że redakcja i korekta za mniej niż 6000 zł to rzekomo „złodziejstwo”, bo „redaktor też musi z czegoś żyć”. Tymczasem ja wydaję książki, nie płacąc za to ani złotówki z własnych oszczędności. Korzystam z narzędzi, o których redaktorzy i wydawnictwa nie mówią, i stosuję model biznesowy, który kosztuje mnie tylko mój czas i pracę.
Chcesz wiedzieć, jak wydać książkę bez sięgania po oszczędności swoje, babci i dziadka? Nie mam nic do stracenia – redaktorzy i tak mnie za to nie lubią.

Komentarze