top of page

📖 Czy pisarz niezależny to wciąż „gorszy sort”?




Czasami mam ochotę przestać pisać. Odpuścić. Przestać walczyć o uwagę, próbować zaistnieć, przekonywać świat, że niezależny autor to również pełnoprawny twórca literatury. Bo ile można uderzać głową w mur, który wciąż wydaje się nie do przebicia?

Pamiętam czasy, gdy samo wydanie książki bez wsparcia wielkiego wydawnictwa było postrzegane jako akt bezczelnej odwagi, a może nawet arogancji. Jak śmiesz nazywać się pisarzem, skoro nikt „ważny” nie przyklepał twojego dzieła? Dziś sytuacja się zmieniła – samopublikacja stała się powszechna, a czytelnicy coraz częściej sięgają po książki niezależnych autorów. Jednak łatwo wciąż nie jest.

Nadal pokutuje przekonanie, że książki pisarzy niezależnych są pozbawione redakcji, korekty i profesjonalnego składu. Że nie mogą być wartościowe, skoro nie przeszły przez tryby wielkich wydawniczych maszyn. Nadal można usłyszeć opinie, że wysokie oceny takich książek to efekt sztucznie napompowanych recenzji od znajomych, rodziny i litościwych czytelników.

Widzę, jak cierpi światopogląd niektórych osób, gdy książka wydana własnym sumptem zdobywa uznanie i wysokie noty. Gdy pokazuje, że wartościowa literatura nie musi mieć loga wielkiego wydawnictwa na okładce. Że talent i warsztat nie są przypisane wyłącznie do osób, które przeszły przez skomplikowaną ścieżkę akceptacji w korporacyjnych strukturach.

A co na to sami wydawcy? Cóż, w ich oczach pisarze niezależni to wciąż „gorszy sort”. Wielkie wydawnictwa patrzą na nas z góry, często traktując nasze książki jak literacką fanaberię. Nierzadko ignorują samopublikujących autorów, uznając ich za niegodnych zainteresowania. Co z tego, że czasem sprzedajemy więcej egzemplarzy niż niejeden „tradycyjnie” wydany debiutant? Co z tego, że potrafimy zbudować własną społeczność czytelników i wypromować książkę bez ich wsparcia? Dla nich wciąż jesteśmy tylko „amatorami”.

Mimo że czasy się zmieniły, nadal czuję, że bycie pisarzem niezależnym przypomina życie emigranta. Niby wszyscy się uśmiechają, niby dają ci miejsce w literackim świecie, ale w głębi duszy zastanawiają się: „Co ty tu robisz?”

A potem dochodzi jeszcze temat "targetów", których wydawnictwa bronią jak świętego grala. Masz czterdzieści lat? Piszesz o czterdziestolatku. A może jesteś kobietą? To naturalnie Twoja bohaterka też powinna nią być. Chcesz stworzyć historię oczami młodej dziewczyny, choć sam jesteś mężczyzną? O, tu pojawia się problem. Bo przecież według wielkich wydawniczych molochów rozwinięta empatia u pisarza jest taką samą bzdurą jak złota rybka spełniająca życzenia.

Książki muszą się wpisywać w ramy, muszą pasować do profilu odbiorcy. A jeśli wyłamujesz się z tego schematu, jeśli piszesz o czymś więcej niż tylko o sobie i własnych doświadczeniach, jeśli próbujesz patrzeć oczami kogoś innego – automatycznie stajesz się dla nich ryzykownym projektem.

Czy to oznacza, że pisarze niezależni powinni się poddać? Oczywiście, że nie. Właśnie dlatego robimy to, co robimy – łamiemy schematy, przekraczamy granice, udowadniamy, że literatura jest sztuką, a nie wyłącznie produktem rynkowym skrojonym pod tabele sprzedaży.

Ale czasem zastanawiam się – czy rzeczywiście wystarczy tylko dobry tekst, by zostać zauważonym? A może bez wydawniczego logo na grzbiecie książki wciąż jesteśmy skazani na wieczne pukanie do zamkniętych drzwi?

Jak wy to widzicie? Sięgacie po książki pisarzy niezależnych? Wierzycie, że ich twórczość może dorównywać (a może nawet przewyższać?) tym, które powstały w ramach wielkich wydawnictw? Podzielcie się swoją opinią w komentarzach!


 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Każdy ma swoje wnioski

Życie jest zbiorem doświadczeń. Każdy z nas ma inne i inną ich ilość. Problem w komunikacji zaczyna się wtedy, gdy staramy się czyjeś doświadczenie na siłę dopasować do swojego. Ktoś dostrzega więcej,

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page